Z Krzysztofem Hają, akwarystą i podróżnikiem, autorem ostatnio wydanej monografii Pielęgnice Jeziora Wiktorii, rozmawia Paweł Czapczyk

Paweł Czapczyk: Krzysztofie, mam w ręku Twoją książkę  Pielęgnice Jeziora Wiktorii. I od razu muszę powiedzieć, że robi ona wrażenie: jest kompetentna, przemyślana, doskonale skomponowana i treściwa. Obfituje w fotografie, które są dopełnione ilustracjami Twojego autorstwa. I początkowa zazdrość, jaką żywi niemal każdy piszący wobec innego autora, ustępuje tu – musi ustąpić – uczuciu podziwu. Powiedz szczerze: jak długo nad swoją książką pracowałeś?

Krzysztof Haja: Cieszę się ogromnie, że to wydanie robi tak pozytywne wrażenie i podoba się odbiorcom. Pierwsze szkice książki i luźno spisane materiały zacząłem kompletować w 2013 roku. Szybko doszedłem do wniosku, że aby materiał był ciekawy i wiarygodny, musi zawierać relację znad jeziora. Krok po kroku doszło do zorganizowania dwóch wypraw do Tanzanii w rejon Mara w  latach 2014 i 2016. Zebrany tam materiał oraz stale spisywane w tym czasie małe fragmenty książki pozwoliły zakończyć cały projekt na początku tego roku. Tak więc cały okres tworzenia tego materiału trwał około czterech lat.

Co było pierwszym impulsem do napisania książki?

Pierwsza myśl, żeby napisać książkę o takiej tematyce, zrodziła mi się w głowie blisko dziewięć lat temu po spotkaniu z Axelem Bohnerem – niemieckim hodowcą pielęgnic z Jeziora Wiktorii. Pokazał mi wtedy napisaną przez siebie książkę o gębaczach. Uświadomiłem sobie, że w Polsce nie ma żadnej obszernej publikacji na temat pielęgnic z Jeziora Wiktorii. Wtedy nie czułem się jeszcze na siłach, żeby coś takiego przygotować, ale ta myśl od tamtej pory stale kiełkowała w mojej głowie.

Układ książki i jej forma przywodzą na myśl pozycje Ada Koningsa. Czy wzorowałeś się na jego publikacjach poświęconych rybom z Tanganiki?

Bardzo celne spostrzeżenie. Książka Ada Koningsa z serii Back-To-Nature o tanganickich pielęgnicach była dla mnie swoistym wzorem, na którym chciałem się oprzeć. Hodując pielęgnice z Tanganiki, bardzo często sięgałem po tę publikację, która była mi niezmiernie pomocna i osobiście uważam, że jest świetna w swojej formie. Chciałem, aby moja książka kiedyś wyglądała podobnie. Także publikacja Antona Lamboja o pielęgnicach z zachodniej Afryki stanowiła dla mnie wzór podczas komponowania własnej książki.

Jako autor masz maksymalistyczne ambicje – opisałeś nawet gatunki, które znane są zaledwie z dwóch zachowanych w muzeum okazów…

Wiele czasu spędziłem na wertowaniu materiałów na temat pielęgnic z Jeziora Wiktorii. Często odnajdywałem jedynie krótkie, zdawkowe informacje na konkretny temat. Zdając sobie sprawę jak trudno wyłowić fakty na temat tych ryb z bezliku doskonałych prac naukowych i opracowań, starałem się zebrać poznane informacje w jednym miejscu. Jestem pewien, że wiele interesujących faktów zostało przeze mnie nieświadomie pominiętych, jednak moim celem było opisanie tematu możliwie najbardziej szczegółowo.

A kiedy w ogóle zafascynowałeś się ichtiofauną Jeziora Wiktorii?

Jak zaznaczyłem w książce, zainteresowanie gębaczami – jako całą grupą ryb afrykańskich o wyjątkowym procesie rozrodu – to efekt przeczytania tekstu w czasopiśmie „Akwarium” o gębaczach trójbarwnych autorstwa Mirosława Cellera. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Bardzo szybko odkryłem, że ryb o tak arcyciekawym zachowaniu jest w Afryce całe mnóstwo. Okazało się, że basen Jeziora Wiktorii to prawdziwa kopalnia tych ryb. Fascynacja pozostała aż do dziś.

Ile gębaczy trzymałeś, a ile rozmnażałeś w swoich akwariach?

Jeśli do grona gębaczy zaliczymy także gatunki z innych niż Haplochromis rodzajów, jak Orthochromis, Pseudocrenilabrus czy Thoracochromis, to będzie ich z pewnością około trzydziestu. Prawie wszystkie udało mi się rozmnożyć. Niestety, nie udało się to w przypadku najrzadszego z nich, czyli Haplochromis (Labrochromis) ishmaeli, które zniknęły z mojego akwarium bez odbycia choćby jednego tarła. Wiem, że przed tym problemem stanęło także kliku innych hodowców. Trudno powiedzieć, co było powodem: prawdopodobnie zbyt duża płochliwość i wrażliwość na współmieszkańców. Szkoda jest tym większa, że to naprawdę bardzo rzadki gatunek, a ich populacja zdaniem naukowców do tej pory nie odrodziła się w Jeziorze Wiktorii po spustoszeniach związanych z aktywnością inwazyjnego okonia nilowego.

Który gatunek uważasz za swój ulubiony?

Chyba największym sentymentem darzę ryby z gatunku Pundamilia nyererei. Zresztą cały ten rodzaj jest dla mnie kwintesencją piękna i charakteru gębaczy z Jeziora Wiktorii oraz symbolem pielęgnic z tego akwenu. 

Czy do gębacza trójbarwnego, który – jako pierwszy – zagościł niegdyś w jednym z Twoich zbiorników, nadal żywisz sentyment?

Oczywiście, ostatnio coraz częściej zwracam się w stronę gębaczy z plemienia Haplochromini zamieszkujących afrykańskie rzeki i jeziora spoza basenu Jeziora Wiktorii. Są równie pasjonujący, jak bohaterowie mojej książki. I może to doskonały temat na kolejną publikację? Kto wie…

Czy kiedy po raz pierwszy pojechałeś nad Jezioro Wiktorii, zobaczyłeś ten akwen takim, jakim się spodziewałeś? Czy ten bezpośredni ogląd był zgodny z Twoimi wstępnymi oczekiwaniami i wyobrażeniami?

Generalnie jezioro owo jest prawdziwym gigantem. I choć mniej więcej tak właśnie wyobrażałem sobie ten zbiornik, to musze przyznać, że my, hobbyści, nie zdajemy sobie sprawy z ogromu naturalnych akwenów, w których żyją ryby trzymane przez nas w akwariach. Odczucie wielkości i potęgi Jeziora Wiktorii można porównać do uczucia rodzącego się w chwili, kiedy stajemy na brzegu naszego Bałtyku. Właśnie takie miałem pierwsze wrażenie, gdy stanąłem na plaży w Mwanzie. „To raczej jest morze, a nie jezioro” – pomyślałem.

A co Cię najbardziej uderzyło podczas wypraw do Afryki?

W głowie utkwiło mi kilka obrazów i sytuacji. Pierwszy z nich to piękno i zarazem surowość tej ziemi. Afryka jest równie wspaniała, co bezlitosna. Dotyczy to zarówno przyrody, jak i ludzi. Od pierwszych dni swojego życia każdy walczy o przetrwanie w tym trudnym świecie. Oprócz typowych widoków rodem z parków narodowych, Afryka to przede wszystkim szukanie przez ludzi sposobu na życie i utrzymanie rodziny. To walka z ubóstwem i chorobami oraz brakiem edukacji. Wiele dzieci od najmłodszych lat pracuje, nie mając żadnych widoków na naukę, która jest jedyną szansą na dobry start w dorosłe życie. Chyba największe wsparcie potrzebne jest Afryce na rzecz oświaty oraz ochrony zdrowia i życia.

Jeśli chodzi o zdarzenia, które utkwiły w mojej głowie, było ich całe mnóstwo. Kilka jednak było wyjątkowych – jak na przykład obserwowanie w parku narodowym, dosłownie z kilku metrów, polowania samotnej lwicy na antylopy impale. Innego rodzaju przeżyciem był nocleg pod namiotem w obozie w centrum Serengeti. Od dzikich zwierząt i ich odgłosów dzieliła mnie zaledwie cienka płachta namiotu, a noc tam jest tak ciemna, że nie widać czubka własnego nosa. Jeszcze innym pięknym doświadczeniem stało się zaproszenie od naszej przyjaciółki Aurelii na tanzańskie wesele i przyjęcie ślubne (muzyka i tańce porywają wszystkich gości do niekończącej się zabawy). Nie sposób zapomnieć też o rejsie po jeziorze i pokonywaniu fal, wysokich na dwa metry, w niewielkiej łodzi, która stale przecieka podczas mocnego popołudniowego wiatru wiejącego od środka jeziora.

W Afryce mawiają, że jeżeli Afryka raz cię ugryzie, będziesz do niej stale wracał. Wiem z całą pewnością, że zostałem ugryziony. Wracam już niedługo…

Osoby zainteresowane zakupem książki Pielęgnice Jeziora Wiktorii zapraszamy do kontaktu z autorem Krzysztofem Hają poprzez e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..

Opublikowano drukiem w Magazynie Akwarium nr 3/2017 (163).

Zapisz