Artykuły

Wynurzenia stetryczałego akwarysty

Felieton

Krzysztof Pająk: Wynurzenia stetryczałego akwarysty

Do napisania niniejszych dywagacji skłoniła mnie bezsilność w obliczu pandemii.

Ze wszystkich wydumanych opinii skłaniam się ku tej, że wirusa, moi panowie, wymyśliły nasze żony. No bo żadnych meczów w telewizji, na piwo z kumplami nie pójdziesz, nawet na wyprawę na ryby było embargo. Gapiąc się na moje akwaria (obok jest telewizor, ale przeważnie nie wytrzymuje konkurencji), zacząłem wspominać początki mojej przygody akwarystycznej.

Dawno, dawno temu…

Już jako kilkuletni chłopak zetknąłem się z akwarium. Nie piszę, że miałem zbiornik, bo zajmował się nim mój ojciec. Ja mogłem tylko patrzeć, nawet nie mogłem karmić ryb, bo jestem uczulony na suszone rozwielitki, a wtedy innego pokarmu nie było. Akwarium było oczywiście ramowe, spawane, szyby kitowane (oj, narobił się ojciec!), ale porządne – 80 litrów pojemności. Obok małe – 10-litrowy kotnik.

Chociaż w tamtym czasie większą radochę miałem ze skórzanej piłki (szytej, nie sznurowanej), to sporo czasu spędzałem przed akwarium, szczególnie w zimowe wieczory.

Oczywiście, jak podrosłem na tyle, żeby do akwarium zaglądać od góry, przejąłem zarządzanie rybnym folwarkiem. Często wsiadałem na rower i wybierałem się na połów planktonu w licznych w mieście zbiornikach przeciwpożarowych. Co dzisiaj jest trudniejsze, z uwagi na likwidację takich zbiorników i obowiązujące przepisy (pkt. 3 Połów planktonu, bentosu, minogów oraz innych organizmów żyjących w wodzie bez zezwolenia uprawnionego do rybactwa, art. 2 ust. 1 w związku z § 20 ust. 1 MRiRW – [mandat w wysokości] 200–500 zł wg cennika Państwowej Straży Rybackiej).

Całe wyposażenie zbiornika to zwykła żarówka, grzałka (której trzeba było „pilnować”), brzęczyk ze szklanym filtrem (tłukącym się przeciętnie co miesiąc), siatka i szklana fajka do wyławiania małych rybek (gdzie taką fajkę dzisiaj można dostać?). Ryby ze sklepu lub z miejskiego targowiska. Najtrudniej było o rośliny, większość to krajowe z jeziora lub rzeki, w zimie zamierające.

Czasami, będąc na zakupach w NRD, udało się kupić nowe gatunki ryb i przemycić przez granicę. Mając kilkanaście lat, byłem z Orbisem na wycieczce w republikach azjatyckich byłego ZSRR i podczas wypoczynku nad jakimś sztucznym zbiornikiem nieopodal Taszkientu udało mi się złowić samiczkę gupika (ryby te „służbowo“ wpuszczali wszędzie, by wyjadały larwy komarów) oraz małą, denną rybkę – gatunku nie udało mi się określić. Miałem swoje F0! Przemyciłem w bidonie do kraju. Samiczka urodziła młode – tak samo bezbarwne jak i ona, a denny potworek tak przerzucał pyszczkiem żwirek, że musiałem go odizolować.

Też dawno temu…

Będąc w technikum, wykorzystywałem nabytą wiedzę techniczną do poprawy jakości życia moich podopiecznych. Zbudowałem pierwsze pompki mieszkowe, a nawet filtr turbinowy, wykorzystując silniczek z zefirka, a turbinę ze spalonej suszarki do włosów. Mogłem częściej jeździć na zakupy do NRD, kupując przy okazji klej Cenusil (kto jeszcze pamięta?) i kleić do woli następne zbiorniki.

Czas studiów (Politechnika Wrocławska) to kolejny etap rozwoju akwarystycznego. Przede wszystkim zdobywania wiedzy. Kiedy z kolegą (ps. Kaziu) wróciliśmy z Międzynarodowego Sympozjum Akwarystycznego w Wenecji, koledzy na mechanicznym traktowali nas z szacunkiem. Co prawda Wenecja była koło Żnina, ale to wiedzieliśmy tylko my. W czasie gdy nie było internetu (naprawdę był taki czas), a książek o rybkach było zaledwie kilka tytułów, zobaczyliśmy prezentację holenderskiej grupy HVO (na kilka rzutników) o akwarium holenderskim, która śniła mi się później po nocach.

Mieszkałem wtedy z małżonką w pokoju 3×4 m, w którym mieliśmy jeden stół, na którym do wieczora leżały ludzkie kości i czaszka (żona studiowała medycynę), a na noc ja się rozkładałem z projektami. I pod tym stołem stało na podłodze 1,5-metrowe akwarium (sam skleiłem), a obok wiadro z parą barwniaków, które „wyprowadzały” młode. Na regałach między książkami było też wciśniętych kilka mniejszych zbiorników. Ale po kilku latach, gdy mieszkaliśmy już na swoim, urządzanie mieszkania zacząłem od dwumetrowego akwarium. Sam zaprojektowałem (najgrubsze, sprzedawane wtedy przez szklarzy szyby we Wrocławiu miały tylko 6 mm grubości), sam (no, z małżonką) dotargałem autobusem miejskim szyby do domu, sam skleiłem i urządziłem moje pierwsze akwarium roślinne. Opis tego przedsięwzięcia można znaleźć w starych czasopismach „Akwarium”.

Będąc na studiach, razem z moim przyjacielem Darkiem chcieliśmy zorganizować akwarystyczną wyprawę studencką na Kubę. Po kilku spotkaniach z ambasadorem Kuby mieliśmy wstępną zgodę, ale przy okazji wskazania biotopu, który chcieliśmy spenetrować (mapę Kuby mieliśmy z archiwum Uniwersytetu Wrocławskiego sprzed II wojny – nie było Google’a!), chyba trafiliśmy w jakiś teren wojskowy, bo zgodę nam cofnięto, a ekipie zaproponowano dołączenie do wakacyjnej wymiany studenckiej – nie skorzystaliśmy z okazji, by uścisnąć dłoń Fidela. Ale dostaliśmy paczkę z Kuby z wypchanymi rybami i wielkimi żabami.

Na ostatnim roku studiów sprzedaliśmy „malucha”, żeby kupić dwa bilety do Indii. W małej wiosce nieopodal Madrasu udało mi się złapać parę  niewielkich rybek (chyba to były przeźroczki), z zamiarem przywiezienia do Polski. Niestety, nie zauważyłem, że miały pasożyty (wyglądało to na „rybią wesz”) i przedsięwzięcie się nie udało.

Boom akwarystyczny

Koniec lat osiemdziesiątych był bardzo owocny dla akwarystyki. Razem z Darkiem „tłukliśmy” ryby i rośliny, sprzedając je w niedziele na placu. A nie byliśmy nawet płotkami w mieście. Z szacunkiem patrzyliśmy na starszych hodowców, którzy rozmnażali coraz to nowe gatunki ryb.  Jeden z nich (kol. Ryszard) miał pseudonim „Rączka”, bo jak się zabrał za jakiś gatunek, to i młode pojawiały się zaraz na rynku.

Czas, gdy zagłębiem kąsaczowatych był Śląsk, a pyszczaków Wrocław (z uwagi na parametry wody w kranie), był czasem, gdy każdą wyhodowaną rybę można było sprzedać, a zapotrzebowanie na nowe gatunki było ogromne. Ceny okazów były niesamowite. Pamiętam, jak kiedyś za 4 ryby (z przemytu) zapłaciłem pensję. Wtedy marzyłem, by akwarystyka była hobby dostępnym dla każdego. I właściwie tego się doczekałem.

Dzisiaj

Dzisiaj mam kilka dużych zbiorników (500, 500, 350, 300 litrów), praktycznie to „samograje“. Zegar czasowy, termoregulator z grzałką, zewnętrzny kubełek płukany co cztery miesiące, raz dziennie wrzucam zamrożoną kostkę planktonu. Jedyna ingerencja to przerzedzanie roślin (zrezygnowałem praktycznie z „łodygowców”), czy odłowienie nadmiaru ryb. Po tylu latach doświadczenia wystarczy zajrzeć do zbiornika, by ocenić, czy wszystko gra. Nie prowadzę dzienniczka parametrów wody (ryby nie są zbyt wymagające), a zbiornik restartuję co pięć, sześć lat, jak mi się znudzi wystrój. Czasem dolewam wody, jak odparuje. Może postępuję niezbyt wzorcowo, ale zbiorniki odpłacają mi „za zasługi”, czasem zakwitnie lotos, barcklaya, aponogeton lub anubiasy. Rezerwę roślin trzymam w paludarium, gdzie również wysiewam samolusy.

Co dalej

Nie wiem, jak długo jeszcze będę mógł zajmować się akwarystyką (lata lecą), junior nie przejmie schedy akwarystycznej, mimo że kilkakrotnie próbowałem go „zarazić” akwawirusem. Młode pokolenie zupełnie nie jest zainteresowane akwarystyką. Kiedy w latach osiemdziesiątych z kolegą Darkiem prowadziliśmy na osiedlu Klub Młodego Akwarysty, co tydzień przychodziła grupa dzieciaków, dzisiaj może by przyszli… pograć w Heroes.

Podsumowanie

W okresie tych ponad 50 lat zajmowania się akwarystyką przez moje akwaria „przepłynęło” ponad 200 gatunków ryb (ponad 50 gatunków udało mi się rozmnożyć, co oceniam jako niezbyt imponujące) oraz ponad 250 gatunków roślin (tu prawie wszystkie udało mi się „powielić”). Nie uważam się za fachowca (może raczej fanatyka), z wykształcenia jestem spawalnikiem,  ale moje „zacięcie” do podwodnych ogrodów ciągle jest niezmienne.

Obawiam się, że akwarystyka idzie dzisiaj w kierunku uatrakcyjnienia wyposażenia biur, banków, salonów. Na zasadzie – przychodzi akwaznawca do prezesa, pokazuje katalog, prezes wybiera zdjęcie akwarium (albo widoczek z gór) i za dwa tygodnie „mebel” stoi. Oczywiście nie trzeba być mechanikiem, żeby jeździć samochodem, ale byłoby dobrze, żeby coś o tym meblu i jego mieszkańcach wiedzieć.

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button