Wywiady

Zwierzęta mają pamięć genetyczną

O „akwarystycznej łodzi podwodnej”, zbiornikach biotopowych i pielęgnicach z Afryki, a także o tyflonektesach, legwanach z Fidżi i żabach pomidorowych z Włodzimierzem Stanisławskim, kierownikiem sekcji hodowlanej łódzkiego zoo, rozmawia Paweł Czapczyk

Paweł Czapczyk: Odnowiony pawilon Akwarium w łódzkim ogrodzie zoologicznym został zaaranżowany na podobieństwo wnętrza łodzi podwodnej. Skąd ten pomysł?

Włodzimierz Stanisławski: Pomysł zrodził się ponad dwa lata temu, a chodziło o to, by możliwie sensownie i ciekawie – przy niewielkim nakładzie środków finansowych – zmodernizować stare wnętrze z lat 60. ubiegłego wieku. Nie ma tu może, jak Pan widział, wielkich zbiorników i oszałamiających fajerwerków technicznych, ale wnętrze już przynajmniej nie straszy. Powstała przestrzeń z podjazdem, przyjazna i praktyczna do zwiedzenia – i dla osób na wózkach inwalidzkich, i dla rodziców z małymi dziećmi.

Jak na to nowe wnętrze reagują zwiedzający?

Opinie publiczności zwiedzającej były i są przychylne. Jest tu tajemniczo, jest mrocznie – wyeliminowano refleksy i uzyskano dobrą widoczność samych zbiorników. Akwarium jest zresztą takim miejscem w zoo, które, zwłaszcza podczas kiepskiej pogody, cieszy się ogromną popularnością. Spotkać tu można dorosłych oraz dzieci i młodzież ze wszystkich roczników.

Jaki jest litraż wszystkich zbiorników ekspozycyjnych?

Mamy dziewięć zbiorników 800-litrowych, pięć 500-litrowych i sześć 300-litrowych. Największe zaś akwarium liczy 1200 litrów pojemności. To wszystko.

Generalna aranżacja akwariów zdaje się odpowiadać współczesnym tendencjom – takim jak akwarystyka biotopowa, która sprowadza się do prób odwzorowania środowiska naturalnego, w którym dziko żyją konkretne gatunki. I tak sum wywrotek pływa w zbiorniku przypominającym z grubsza rzeki Birmy, tęczanki filigranowe zobaczyć można w akwarium przybliżającym nas do rzek Nowej Gwinei, a piranie czerwone zasiedlają zbiornik imitujący cieki Amazonii…

Panie Pawle, staramy się naśladować środowisko naturalne zwierząt na tyle, na ile potrafimy. Konkretne aranżacje pozostają odzwierciedleniem naszej wiedzy i naszych wyobrażeń o rejonach, z których pochodzą ryby. Jest to zresztą niemal obowiązujący trend we współczesnych ogrodach zoologicznych. I dotyczy on zarówno kręgowców lądowych, jak i wodnych. Zwierzęta mają przecież pamięć genetyczną, która sprawia, że czują się one dobrze jedynie w określonych przestrzeniach i dekoracjach. Wprawdzie nie wszędzie znajdzie Pan rośliny czy elementy wystroju ściśle takie, jakie występują w danym regionie geograficznym, ale tendencja jest właśnie taka. Dodam tylko, że w krańcowych sytuacjach zdarza się nam łączyć w jednym zbiorniku gatunki z różnych kontynentów – oczywiście pod warunkiem, że w naturze żyją one w zbliżonych warunkach i środowiskach.

A z jakich elementów wystroju i materiałów dekoracyjnych korzystacie? I skąd je pozyskujecie?

Najprościej mówiąc: korzystamy z materiałów łatwo dostępnych, czyli z tego, co mamy pod ręką: kamieni polnych, otoczaków, gałęzi czy korzeni, które potem odpowiednio preparujemy. Ale w naszych aranżacjach obecne są też elementy przywożone z kopalni węgla brunatnego Bełchatów, czyli skamieniałe drewno i lignit, a także piaskowce o fenomenalnych kształtach, pozyskane jakiś czas temu z przyrzecznej odkrywki. Poza tym znaleźć tu można interesujące korzenie egzotyczne kupowane na giełdzie.

Ujmuje mnie fakt, że nie połączyliście „Tanganiki mięsożernej” z „Tanganiką roślinożerną”, czyli nie zestawiliście w jednym zbiorniku szczelinowców z tropheusami, co niestety praktykuje się nieraz w ogrodach zoologicznych, a co korzystnie na dobrostan tych ryb raczej nie wpływa.

Powiem Panu, że w latach 80. ubiegłego wieku w temacie pielęgnic afrykańskich czuliśmy się specjalistami. Akwaryści prywatni tłumnie wówczas nas odwiedzali, wymieniając z nami doświadczenia. My zaś dysponowaliśmy gatunkami niedostępnymi na rynku polskim, a to z racji kontaktów hodowlanych z ogrodami zoologicznymi w Holandii i Niemczech. Sama reprezentacja pyszczaków z Malawi oraz szczelinowców i naskalników z Tanganiki liczyła sobie w łódzkim zoo  30–40 gatunków.

Ostatnio fascynująco prezentowała się para pielęgnic z Madagaskaru (Paratilapia polleni) z pokaźną grupką młodych. To ryby wojownicze, czupurne, charakteryzujące się nieokiełznanym temperamentem…

To prawda. Nieokiełznane są do tego stopnia, że para, która się u nas rozmnożyła i którą Pan podziwiał, bardzo się potem pomiędzy sobą zwaśniła. I samiec, zazdrosny prawdopodobnie o młode, w przypływie furii zabił samicę.

Ciekawi mnie też roślinożerna pirania Myloplus rubripinnis, pochodząca z dorzecza Amazonki i Orinoko. Jak dotąd, nikomu nie udało się tej ryby w niewoli rozmnożyć. Wy macie prawdopodobnie parę. Chcecie być pierwsi?

Wielokrotnie obserwowaliśmy już zaloty i widzieliśmy, że ryby te mają się ku sobie. Dlatego powstał zamysł wzięcia ich na zaplecze i stworzenia im najdogodniejszych warunków – jedynym ograniczeniem będzie tutaj brak naszej wiedzy i precedensów w tym zakresie.

Gdyby doszło do tarła, bardzo liczę na informację prasową i notatkę dla Magazynu Akwarium.

Oczywiście, od razu dam Panu znać.

Panie Włodku, akwaria morskie wydają się u Was skromnym dopełnieniem ekspozycji słodkowodnej.

Kiedyś mieliśmy pięć zbiorników morskich. Jednak ze względów ekonomicznych zredukowaliśmy akwarystykę morską do dwóch akwariów wystawowych. Eksponujemy w nich ogółem osiem gatunków ryb i kilkanaście gatunków bezkręgowców.

Stojąc natomiast przed jednym ze zbiorników słodkowodnych, nie mogłem oderwać oczu od grupki fascynujących marszczelców kolumbijskich, zwanych też płazowcami, łusecznikami? bądź pierścieniowcami. Zwierzęta te są reprezentantami płazów beznogich…

My je nazywamy tyflonektesami (Typhlonectes natans). Dotknął Pan tu szczególnej kwestii, a mianowicie nazewnictwa polskich ogrodów zoologicznych, które jest niekoniecznie tożsame z nazewnictwem, jakim posługują się inne środowiska. W Polsce, w odróżnieniu od wielu innych krajów, nie ma unormowanego nazewnictwa zwyczajowego tyczącego większości bezkręgowców i kręgowców – spotykamy się więc z wieloma określeniami tego samego gatunku. I o ile ujednolicono już nazwy ssaków (jest temu poświęcona osobna publikacja), a kilkanaście lat temu – ptaków, to nadal nie przyjęto, mimo podjętych prób, obowiązującego nazewnictwa ani płazów, ani gadów, nie mówiąc już o rybach. Notabene niecałe dwadzieścia lat temu powstał pomysł, żeby wraz z Piotrem Surą z Krakowa, ujednolicić nazewnictwo gadów. Żałuję, ale ostatecznie nie doszło jednak do stworzenia jednolitej nomenklatury.

Wróćmy w takim razie do tyflonektesów.

Bardzo chętnie, bo to niezmiernie ciekawy gatunek. Mniej więcej ćwierć wieku temu przywiozłem go do ogrodu od pewnego prywatnego hodowcy (miałem wówczas szerokie kontakty ze środowiskiem akwarystycznym w Łodzi), który chciał się pozbyć jakichś nieznanych mu bliżej „węgorzy”, pozyskawszy je wcześniej od swojego znajomego z Kolumbii. Jak tylko zobaczyłem te dziwne „ryby”, nie potrafiłem wprawdzie oznaczyć gatunku, ale od razu zorientowałem się, że mam do czynienia z płazami. Wkrótce po ich przywiezieniu do zoo przekonałem się też, że – tak jak niektóre węże – tyflonektesy są mistrzami ucieczek. Z sześciu czy siedmiu osobników umieszczonych w zbiorniku na zapleczu zoo ostała się zaledwie połowa. Bo mimo że akwarium było przykryte, kilka zwierząt przecisnęło się przez szczeliny i przeniknęło do ścieku.

Czy próbowaliście je potem rozmnożyć?

Na początku nie, bo nie potrafiliśmy oznaczyć płci. Później, dzięki wskazówkom kolegów z Wielkiej Brytanii, stwierdziliśmy, że trafili nam się reprezentanci obojga płci. Umieściliśmy ich w dużym akwarium z dostępem do powietrza, a jednocześnie szczelnie przykrytym. Znalazło się tam dużo roślin, stanowiących doskonałe miejsce schronienia i zapewniających tyflonektesom poczucie bezpieczeństwa. Odtworzyliśmy zatem warunki zbliżone do naturalnych, pamiętając, że kolumbijska zlewnia Amazonki to wody raczej miękkie i lekko kwaśne i że podłoże nie może zawierać żwiru o ostrych krawędziach, gdyż płazy mają bardzo delikatną skórę.

Co szczególnie przykuwa uwagę podczas chowu tych zwierząt?

Piękno tego gatunku polega na tym, że jest on w nieustannym ruchu. Tyflonektesy nie zagrzebują się w podłożu, lecz cały czas buszują i poszukują pokarmu. Mają bardzo słaby wzrok (ich oczy są częściowo zarośnięte), co jednak rekompensuje im znakomity węch, za którego pomocą bezbłędnie odnajdują np. mrożoną ochotkę, którą wręcz ubóstwiają.

Zjadają również wysokoproteinowe granulaty?

Sztucznych pokarmów raczej nie stosujemy. Nasze tyflonektesy karmimy głównie mrożonkami: wspomnianą wcześniej ochotką i wodzieniem. Taki pokarm utrzymuje je w dobrej kondycji i, jak przypuszczam, w pewnym sensie stymuluje do rozrodu.

A jak do niego dochodzi?

Na początku zobaczyliśmy już całkiem duże młode, które miały 12–13 cm. A za którymś dopiero razem ujrzeliśmy młode zaraz po urodzeniu i stwierdziliśmy, że mają szczątkowe skrzela wyglądające jak białawe wstęgi, które im dosłownie w kilkadziesiąt bądź nawet w kilkanaście minut zanikały. A jako że są to płazy jajożyworodne, samica – uprzednio wyraźnie zgrubiała – rodzi ich niewiele. Zazwyczaj następnego dnia po porodzie w akwarium znajdujemy 2–4 młode (wyjątkowo pojawia się 6 osobników), które są dość duże i nie są atakowane przez rodziców.

Ciekawe jest życie towarzyskie tych płazów oraz interakcje, jakie zachodzą w grupie osobniczej. Kiedy się je obserwuje, przychodzi na myśl obraz wężowiska lub splątanych pierścienic.

Właśnie. Są to zwierzęta pozbawione zachowań agresywnych – żaden kanibalizm nie jest ich udziałem. Prawidłem w ich przypadku są natomiast kopulacje zbiorowe. Tworzy się nieprawdopodobny supeł, rodzaj „węzła gordyjskiego” złożonego z ciał o długości 60 cm, a okręconego na dodatek wokół roślin. Wygląda to niesamowicie – delikatne ciała tyflonektesów są przecież lekko segmentowane.

Ale powiem Panu, że obecnie robimy sobie niejakie nadzieje na rozród żab pomidorowych (Dyscophus guineti). Dotychczas, mimo starań z naszej strony, a kreowaliśmy i porę suchą, i porę deszczową, podczas której imitowaliśmy nawet burze z piorunami i błyskawicami, niczego wielkiego – oprócz odruchu płciowego, czyli ampleksusu z ich strony – nie uzyskaliśmy. Teraz zmieniliśmy zasadę i z niewielkiego terrarium przenieśliśmy żaby do wiwarium o rozmiarze 400 x 200 x 200 cm, ofiarowując im niemal wolność. Znalazł się tam duży basen, a część lądowa jest gęsto obsadzona roślinnością, przypominającą zarośla na Madagaskarze. I one nagle poczuły się jak w naturze, wykazując szereg zachowań dotychczas przez nas nieobserwowanych.

Panie Włodku, przed wejściem do pawilonu Wiwarium natykamy się na oczko wodne, z którego ponad powierzchnię wystaje szklane akwarium obrócone do góry dnem. Wpływają do niego karasie i karpie koi.

Ten odwrócony zbiornik o wysokości 70 cm stoi nad lustrem wody w oczku, które ma głębokość 60 cm. Stoi od wiosny 2017 roku. Dzięki niemu i ryby, i ludzie patrzą na siebie inaczej. Wpływające do zbiornika ryby oglądają nas niejako z ludzkiej perspektywy, my zaś podziwiamy karpie i karasie, które sobie swobodnie wpływają z sadzawki pod górę do akwarium. Z początku napotkaliśmy jednak pewne trudności techniczne. Bo górna szyba o grubości 8 mm na skutek ogromnie dużego podciśnienia najpierw się ugięła, a potem pękła. Zadaniu temu, czyli sile sporego podciśnienia i naprężeniom, sprostała dopiero szyba 12-milimetrowa. Oczywiście na zimę cały zestaw demontujemy, bo inaczej akwarium rozsadziłyby mrozy.

W samym Wiwarium, oprócz cieszących się zainteresowaniem publiczności drzewołazów – z jednej strony, a kajmana okularowego i żółwi – z drugiej, znalazły się azjatyckie żaby. Jaki to gatunek?

Ma Pan pewnie na myśli tzw. żaby latające, które pochodzą z południowo-wschodniej Azji. Są duże i zielone, potrafią rozpłaszczać palce, pomiędzy którymi mają błony i wykonywać niesamowite loty szybowcowe. O tych ślizgach słyszałem i czytałem, ale dopiero jak te ślizgi zobaczyłem na własne oczy, uwierzyłem. Nic się zresztą nie działo bez przyczyny, czyli dopóki nie wpadliśmy na pomysł, by żaby w jednym terrarium połączyć z pochodzącymi z tego samego rejonu geograficznego, z Tajlandii i Półwyspu Malajskiego, wężami jaskiniowymi, które w swoim naturalnym środowisku polują na nietoperze. Węże te są bardzo ruchliwe i swoim trybem życia zaczęły wyraźnie niepokoić żaby, które na naszych oczach w wysokim wiwarium szybowały z podłoża do sufitu. Teraz są już spokojne, bo przebywają razem z pytonem zielonym, który jest gadem „stacjonarnym” – za przestrzeń życiową wystarcza mu konar.

W przestronnym terrarium pionowym pokazywany jest z kolei legwan z Fidżi – Brachylophus fasciatus. Chyba pierwszy raz widzę ten gatunek na żywo.

Bo to w ogóle rzadki gość w polskich i europejskich terrariach. Samica jest cała zielona, podczas gdy samiec intensywną zieleń ma skontrastowaną jasnymi pasami. Przy swoim kuzynie z Ameryki Środkowej, czyli legwanie zielonym, jest on nieduży, wręcz filigranowy. Ciekawą rzeczą jest fakt, że od 1982 roku rząd Fidżi uznaje, że wszystkie osobniki trzymane w zoo w USA zostały pozyskane nielegalnie.

Czy ta uchwała ma jakiś skutek prawny?

Komunikat ten jest jedynie rodzajem „grubej kreski” i ma charakter symboliczny. Zresztą z początku nawet konwencja waszyngtońska (CITES), którą uchwalono w 1973 roku, nie była powszechnie respektowana, co oznaczało ogromny i nielimitowany ruch zwierząt w różnych kierunkach. Stopniowo coraz więcej państw ją akceptowało. Polska została członkiem CITES po przemianach ustrojowych. Ale ja do pewnego stopnia rozumiem postanowienie państwa Fidżi, bo tych legwanów przedostało się zapewne sporo w prywatne, a niekiedy niepowołane ręce. Oczywiście dziś figuruje on w Czerwonej Księdze Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody IUCN jako gatunek zagrożony wyginięciem. Dodatkowo w ramach Europejskiego Stowarzyszenia Ogrodów Zoologicznych i Akwariów EAZA, do którego łódzkie zoo od dawna należy, legwan fidżijski został objęty księgą rodowodową, co jeszcze bardziej podkreśla jego „rangę”. U nas wielokrotnie dochodziło do kopulacji, samica znosiła jaja, ale finalnie jaja te okazywały się, niestety, niezapłodnione.

Eksponujecie też chronione i rzadkie gatunki rodzime – żółwia błotnego i węża Eskulapa.

Żółw błotny jest silnie, a wąż Eskulapa krytycznie zagrożony w naszym kraju wymarciem i oba gatunki znalazły się w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt. U nas przebiega północna granica ich występowania, bo już na południu Europy zarówno żółw błotny, jak i „eskulap” występują znacznie liczniej. Żółwie rozmnażaliśmy w zoo wielokrotnie i ostatniego młodego, pięcioletniego osobnika można dziś oglądać na ekspozycji. Biorąc pod uwagę ubarwienie pancerza, mamy jednak wątpliwości w kwestii pochodzenia – czy na pewno nasze żółwie wywodzą się z populacji rodzimej, czy raczej są one reprezentantami któregoś z podgatunków południowych. Potwierdzić to mogą dopiero badania genetyczne. Planujemy taką laboratoryjną weryfikację. Dopiero bowiem na jej podstawie żółwie mogą się kwalifikować do programów introdukcji czy reintrodukcji.

Fot. Włodzimierz Stanisławski

Opublikowano drukiem w Magazynie Akwarium nr 1/2018 (167).
Tagi
Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź również

Close
Close